2010-04-25

Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy, Małgorzata Gutowska-Adamczyk




Jak smakują najlepsze praliny w malowniczym Gutowie? Dość tajemniczo, bo ich receptura obejmuje nie tylko lukrowaną słodycz, ale i dziwną historię rodziny Zajezierskich – pełną niedomówień, sekretów, ze słodko-gorzkim nadzieniem.

Wielkie poruszenie w małym Gutowie wywołują wykopaliska zorganizowane przez grupę archeologów, którzy w okopach rynku natknęli się na tajemniczą mumię kobiety. Niby nic szczególnego, co rusz wydobywa się spod ziemi świadków zamierzchłej historii, ale akurat ta mumia wywołuje większe, niż można by się spodziewać, poruszenie, szczególnie u córki właściciela pobliskiej cukierni, Igi. Mumia ma bowiem zatknięty na palcu znajomy pierścień – jak się okazuje, rodzinną pamiątkę familii młodej Hryciówny. Dziewczyna postanawia rozwikłać jego tajemnicę, najpierw starając się zdobyć sam klejnot, a gdy to się nie udaje, przekopuje rodzinne albumy w poszukiwaniu ostatniej – prawowitej – właścicielki pierścienia i tożsamości jego „aktualnej” posiadaczki.

Kiedy więc Iga zgłębia rodzinne sekrety, autorka książki przenosi nas jednocześnie w XIX wiek, by przybliżyć czytelnikowi historię rodziny Igi i wszystkich koligacji, jakie miały wpłynąć na ukształtowanie rodu, a także tajemnic, które zrodziły wszystkie niedomówienia, także te związane z wykopanym pierścieniem. Co uderza w tej historii najbardziej, to przedstawienie ciekawych sylwetek kobiet: pełnych wewnętrznego rozdarcia, niedojrzałych emocjonalnie, rzucających się w wir uczuć, których zresztą nie rozumieją, a które często im się wmawia, i tych jednocześnie trzymających dwór krótko, hrabin zarządzających majątkiem, w którym wcale nie widać braku męskiej ręki dzięki przedsiębiorczości pań domu. Nienachalny feminizm, jaki serwuje nam pisarka, zaskakuje jeszcze bardziej, gdy sobie uświadomimy, że sytuacja kobiet w tamtym czasie, nie mających prawa do głosowania, studiowania lub po prostu stanowienia o własnej cnocie, była wręcz tragiczna. Autorka powieści oddaje im więc głos, a jest to głos donośny, choć nie przez wszystkie bohaterki w pełni wykorzystany w walce o swoją niezależność.

Iga więc przekopuje rodzinne karty przeszłości, starając się dojść, kim jest tajemnicza kobieta z wykopów i jednocześnie angażując się w pomoc dla ojcu w prowadzeniu cukierni – a roboty w rodzinnym interesie jest co niemiara. Po drodze sama studentka przeżywa – z własnej, nieprzymuszonej, jak to często bywało w XIX wieku, woli – miłosne zawirowania, a także chorobę starej ciotki, która po wylewie w stanie ciężkim trafiła do szpitala, a której informacja o odnalezieniu pierścienia wyraźnie poprawiła stan zdrowia. I to ona, łącznik Igi z dawnymi historiami rodu Zajezierskich, pomaga dziewczynie złapać nitkę od tego tajemniczego kłębka, którego – jak się szybko niestety okazuje – młoda Hryciówna nie chciałaby jednak rozwijać...

Oto „Cukiernia pod Amorem”. Słodko-gorzka historia o realiach życia dziewiętnastowiecznych kobiet, ale nie tylko: to także historia trudnych kontaktów córki z mężczyzną jej życia, z samotnym ojcem, to także obraz jego stosunków z kolei z pozostałą rodziną, czyhającą na śmierć Celiny Hyć i spadek po niej. A gdzieś obok tych wszystkich problemów i swad rozgrywa się z początku niewinna, a potem iście sherlockowska zagadka, której rozwiązanie i wiążąca się z nim dziwna przepowiednia może niektórych naprawdę zaskoczyć.

Czy tajemniczy pierścień podzieli skłóconą rodzinę, czy może magicznie połączy jej członków na nowo? Przekonajcie się sami.

Magdalena Mania

Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy
Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
2010

2010-03-26

Żona piekarza, Marcel Pagnol

Czyli cały ten zgiełk o jeden skok w bok, pokoleniowe kłótnie i małomiasteczkową mentalność z bochnami pysznego chleba w tle.



Życie dobrego w fachu piekarza to była kiedyś bułka z masłem: mieszkający w danym mieście był dla jego mieszkańców chodzącym skarbem, który zapewniał świeże pieczywo każdego dnia wszystkim, a sobie spokojną finansową egzystencję. Co innego jednak, jeśli piekarz to podstarzały, ale wciąż „sprawny w wypieku” mężczyzna, który sprowadza się wraz ze swoją piękną, o wiele młodszą żoną do małego prowansalskiego miasteczka. Na dodatek do domu byłego piekarza, który się powiesił – nieszczęście, nomen omen, wisi więc w powietrzu...

Aimable piecze więc swój pierwszy chleb dla mieszkańców, który od razu zyskuje uznanie na ich podniebieniach. Podobnie zresztą jak jego żona Aurelia, która z kolei skupia na sobie wzrok wszystkich mężczyzn, a szczególnie pewnego młodego pasterza, któremu i ona w długich, pożądliwych spojrzeniach nie pozostaje dłużna i pewnego ranka znika z domu piekarza. Z kim? Z tym pasterzem właśnie. A naiwny Aimble pozostaje ze swoją niedomyślnością i butelką wina, starając się nie słuchać i nie dowierzać opowieściom o koniu, który niósł kochanków rano, gdy piekarz drzemał najlepsze przy piecu pełnym wypiekających się bochnów i które tego dnia poszły dosłownie z czarnym dymem. Żarty mieszkańców z posiadającego poroże piekarza kończą się, gdy ten obwieszcza koniec wypieków, dopóki nie odnajdzie się jego żona. Na mieszkańców pada wtedy blady, koloru mąki strach i w obliczu klęski głodowej postanawiają, że zewrą szyki, by odnaleźć niewierną piekarzową żonę i by z komina piekarni na nowo wydobywał się znajomy, jasny dym. A zadanie jest tym bardziej trudne, bo każdy z nich żywi do siebie jakieś „ale” – błahe czy nie, ale nie pozwalające nawet czasem ze sobą słowa zamienić, a co dopiero wspólnie planować poszukiwania czy przemierzać w specjalnych grupach okolicę. Czy uda im się pogodzić małżonków i ponownie skosztować pysznych wypieków Aimble?

Książka Marcela Pagnola to lekka i zabawna historia o tym, jak wydarzenie wielkiej wagi – na skalę małego miasteczka – jakim jest niedyspozycyjny piekarz potrafi wywrócić życie mieściny do góry nogami na tyle, by jednocześnie sprawić, że wielopokoleniowe waśnie i nietolerancja odejdą w niepamięć. Wspólna misja, jaką jest odnalezienie niewiernej Aureli, jedynego prawdziwego, życiowego „zaczynu” piekarza, sprawia, że skłóceni ze sobą do tej pory mieszkańcy muszą zakasać rękawy i odstawić na czas poszukiwań wzajemne animozje, które żywią do siebie na co dzień. Przezabawne dialogi i lekkość, z jaką autor traktuje małomiasteczkową mentalność swoich bohaterów, z których każdy ma coś za uszami, sprawia, że bohaterów „Żony piekarza” nie da się nie lubić. Bo jak wytykać ludziom ich przywary? Najlepiej poprzez (u)śmiech właśnie, przemycając uzdrawiającą pogodę ducha, której tak często nam brakuje.

Marcel Pagnol, Żona piekarza
Wydawnictwo Esprit
Kraków 2010

Magdalena Mania

2010-03-01

Osobliwe życie „Sztywniaka” według Mary Roach


Stanisław Jerzy Lec stwierdził kiedyś trafnie: „Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje, ten umiera”. Mary Roach w swojej książce „Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków” proponuje tę myśl rozwinąć, ale z tej drugiej, martwej strony – bo to właśnie po przejściu w stan trupi zaczyna się prawdziwa przygoda – jakby to określiła Roach – nie dla każdego jednak równie zabawna.

Mary Roach od razu zastrzega, zanim posądzi się ją o bezczeszczenie ludzkiej, chociaż martwej, godności nieboszczyka: trup to tylko ciało. Martwa powłoka po kimś, kto kiedyś właśnie z tym tętniącym życiem i organami „płaszczem” był osobą, którą ktoś kochał, cenił i traktował jak człowieka. Bez tego, co było jej siłą napędową, dzięki której mówiła, przeżuwała i machała ręką na pożegnanie, ciało jest zimną masą mięsa z dodatkiem kości, która powoli się rozpada bez tej życiodajnej siły. Jest tylko osłoną, którą kojarzymy z kimś, kto kiedyś był nam bliski, bo żył, a teraz, gdy umarł, go zwyczajnie nie ma – i po nim pozostało to bezduszne, pozbawione prawowitego właściciela zimne ciało. Esencja człowieka uleciała tam, gdzie powinna według religii, jaką wyznawał kiedyś człowiek, teraz pozostawiony przez niego trup. Zostało jedynie truchło – kompletnie odarte z życia i będące jednocześnie innym stanem ludzkich członków, inaczej interesujących, gdy są w stanie się poruszać. Bo martwe ludzkie ciało według Roach to równie tajemnicze wydanie jak jego żywy „kuzyn”, ale o którym nie wiemy tak naprawdę zbyt dużo. A może nie chcemy wiedzieć, bo ta wiedza boli zawsze, mimo że osoba, którą to zimne, leżące w trumnie ciało kiedyś uosabiało, odeszła.

Co się więc dzieje z ciałem, za którym zamknie się wieko od trumny, a ona sama zjedzie w ciemny, cmentarny dół przykryty potem dwoma metrami ziemi? Albo z takim, które jako wylegujący się w specjalnym parku rozkładający się model pomoże policjantom stwierdzić, jak szybko rozkłada się ludzki zewłok, by podczas śledztwa mogli oni stwierdzić, kiedy została zamordowana ofiara? Lub tym, którego rogówka, wątroba, serce czy nerki pozwolą uratować kilka istnień ludzkich? Roach w ramach trupiej edukacji porusza w swej książce różne wymiary użycia martwego i tym samym swoistego życia ludzkiego ciała po śmierci: opisuje więc, co w tej eleganckiej, wyściełanej aksamitem trumnie rozkłada się najpierw (w którym momencie od chwili złożenia do grobu, pojawiają się – nie wiadomo skąd, ale zawsze – larwy zjadające ciało, kiedy puszczają zwieracze, samoistnie uwalniając zawartość jelit, a mózg i inne organy zwyczajnie się rozpuszczają), co się dzieje, gdy podczas katastrofy lotniczej ciało spada z jedenastu kilometrów i uderza w taflę wody, co zaś wtedy, kiedy zwyczajnie – podczas testów wytrzymałościowych samochodów – uderzy w nie z niebywałą siłą udające tir urządzenie (pod pewnym względem trup jest niezastąpiony w pracy specjalistów nad naszym bezpieczeństwem za kółkiem). Można też się przekonać, jak religijne podejście w sprawie autentyczności całunu turyńskiego niektórych (pseudo)naukowców może przysłużyć się chrześcijanom, gdy w grę wchodzą przećwiczone na krzyży i przebite w kilku strategicznych miejscach ciała na wzór ukrzyżowanego Jezusa, a nawet tylko ramiona czy stopy. Roach opowiada o tym wszystkim lekko, z humorem i dziennikarskim zacięciem – ot, jakby opowiadała o czymś zwykłym, codziennym. Trochę szokuje, jak to dzisiaj powinno się w popularnonaukowych i pisanych przez „pismaków” książkach robić, ale przede wszystkim intryguje, wyciągając nieznane dotąd fakty – przynajmniej tym zwykłym zjadaczom chleba jak ja – skrywane w aktach szpitalnych prosektoriów, zamkniętych na klucz piwnicach bibliotek lub zwyczajnie przekazywanych podczas spotkań organizowanych podczas spotkań z prekursorami nowych metod utylizacji czy też „ukompostowienia” ludzkich zwłok. Łatwiej jest jednak czytać o tym, co się wyprawia z obcymi ciałami, gdy trafiają na życzenie ich byłego właściciela do prosektorium, by pomagać studentom medycyny uczyć się na „żywym” – w przeciwieństwie do plastikowych czy gumowych modeli ludzkiego ciała – okazie, aby i oni mogli lepiej nauczyć się wykonywanego w przyszłości zawodu. Łatwiej – bo nie jest tutaj mowa o kimś bliskim, z naszej rodziny. Jednak czyta się to wszystko w jakimś stopniu dobrze, choć na pewno nie ze smakiem, a czasem też bez dystansu, bo mimo wszystko ta jedna książka nie nauczy nas rozmowy o czymś, co mówi o naszym nieuchronnym końcu. Może być jednak dobrym powodem to jej rozpoczęcia.

Tego jeszcze nie było: główny bohater – trup. Ale także to, co po nim zostaje lub to, co się zrobi z konkretnego elementu jego ciała. Bo nieboszczyki, a także ich martwe, oderwane od całości szczątki były kiedyś na wagę złota. Uzdrawiały dzięki zalegającemu ich jelita kałowi, żywiły najgłodniejszych (lub tych, którzy rytualnie i całkiem nie na głodniaka „musieli” podczas jakiejś świętej ceremonii pobawić się w kanibali) i pomagały stwierdzić, czy człowiek po zgilotynowaniu potrafi jeszcze zamrugać oczami lub poruszyć dużym palcem u nogi. A trup się w międzyczasie rozpada – śmierdząc i przyprawiając swoim widokiem o mdłości, ale jednocześnie w intrygujący na swój własny, martwy sposób. Można się wzdrygać, ale też można zwyczajnie zaciekawić, bo tak naprawdę gdy jesteśmy trupem, nas już jako takich nie ma – więc i do martwego, bezosobowego i w jakimś stopniu nieludzkiego ciała można się przyzwyczaić. Wszystko OK... Gdyby jednak gdzieś w tle nie przewijała się jak widmo śmierć, która mimo pełnej humoru narracji będzie przerażać zawsze – żywa czy martwa. Jej w przeciwieństwie do widoku nieboszczyka nie uda nam się nigdy oswoić.

Magdalena Mania

2010-01-21

Sherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana, Nick Rennison

Czy można napisać biografię osoby, która nigdy nie istniała? Owszem, można. I można to zrobić w taki sposób, że czytelnik uwierzy w to, że ona... żyła naprawdę.



Kim tak naprawdę był najbardziej tajemniczy detektyw literatury, Sherlock Holmes? Oprócz tego, że geniuszem, który nawet po najmniejszym śladzie pozostawionym na miejscu zbrodni w drodze niesamowicie przenikliwej dedukcji pomagał Scotland Yardowi schwycić złoczyńcę szybciej, niż przewidywały normalne procedury śledcze? Tak naprawdę wiemy o nim tylko tyle, ile przedstawił nam doktor John Watson – narrator opowiadań o dokonaniach Holmesa i jego najbliższy, o ile nie jedyny, przyjaciel i współpracownik. Artur Conan Doyle pod piórem doktora poskąpił informacji na temat historii życia Holmesa, od razu wprowadzając czytelnika do życia na Baker Street 221B, a w wypowiedzi bohaterów wplatając jedynie krótkie wzmianki o tym, czym się zajmował, gdzie się uczył i jakim był człowiekiem Sherlock Holmes sprzed detektywistycznej działalności. Cała ta kreacja przyczyniła się do zwiększenia aury tajemniczości unoszącej się wokół postaci detektywa, który zajmował się równie zagadkowymi sprawami kryminalnymi. Nick Rennison postanowił jednak odsłonić rąbka tajemnicy na temat bohatera opowiadań Doyle'a i przeprowadzić własne śledztwo na temat życia Sherlocka sprzed momentu rozpoczęcia jego detektywistycznej praktyki. Czy mu się to udało? Można stwierdzić, że jego dochodzenie jest równie ciekawe i wciągające jak śledztwa samego detektywa. I powoduje realne zwątpienie w to, czy ten bohater nigdy nie istniał...

Czytając książkę Rennisona, trzeba mieć się cały czas na baczności, bo towarzysząc autorowi w jego udowadnianiu autentyczności genialnego detektywa wszech czasów, czytelnik mimowolnie „łapie się” na tym, że przedstawione przez pisarza jego dowody dotyczące historii rodziny Holmesów (sięgającej czasów średniowiecznych i na dodatek dobrze udokumentowanej) mogą naprawdę istnieć, że jego brat Mycroft był znaną osobistością w kręgach XIX-wiecznych najwyższych władz Wielkiej Brytanii, że Holmes był studentem uczelni w Cambridge, a znany w całej Anglii przestępca James Moriarty faktycznie spędzał sen z powiek tropiącego go przez niemal cale swoje życie detektywa... że właśnie te dowody, które Rennison zdobył, wnikliwe przetrząsając notatki Doyle'a, wspierając się różnymi opracowaniami i monografiami, które od czasu śmierci twórcy przygód Sherlocka pisane były przez poważnych literaturoznawców i zarówno amatorskich wielbicieli serii o Holmesie, ale nigdy autorstwa samego detektywa, odwiedzając Baker Street 221B, a przede wszystkim dogłębnie analizując wspomnienia Watsona – te wszystkie dowody na istnienie Sherlocka Holmesa przetrząsa na kartach swej powieści wnikliwie i tak przekonująco, że czytający zaczyna wierzyć we wszystko, co wyczytał z kart tej książki. Sam wciąga się w dochodzenie, które zasiewa co rusz wątpliwe „a może Holmes żył naprawdę?” i tylko zdrowy, iście holmesowski rozsądek oraz oko puszczane do czytelnika przez Rennisona sprawiają, że trzeźwiejemy i nie dajemy się wciągnąć w to szalone śledztwo rodem z poszukiwań nieuchwytnego Moriarty'ego. A chwilę później znowu dajemy się wciągnąć w biograficzną fikcję – z ogromną zresztą przyjemnością. I ciągle od nowa: brniemy w domniemania i poszlaki, wracamy do punktu wyjścia, bo a nuż autor nie ma racji... a może ma?

Kto by zresztą nie uwierzył tak dociekliwemu analitykowi, jakim okazuje się Rennison? Chyba tylko sam Sherlock Holmes.

2009-12-30

"Bękarty wojny", czyli wizja II wojny światowej według Tarantino

Po trupach do celu, czyli Quentin Tarantino i jego alternatywna wersja historii II wojny światowej.



Czy ten dość brutalny i mroczny epizod ludzkości można opowiedzieć z humorem, nie szargając przy okazji pamięci tych, którzy zginęli w tym czasie? Można. Tarantino uciekł się bowiem do inteligentnej komedii czy też pastiszu, w której umiejętnie ominął newralgiczne momenty historii II wojny światowej: nie ma tutaj mowy o obozach zagłady czy krwawych przesłuchaniach w więzieniach SS lub innych okropnościach. Reżyser skupił się na historii komanda, które niczym partyzancki oddział na tyłach wroga robi największe spustoszenie wśród jego szeregów dzięki swej małej liczebności, ale niewiarygodnej jednocześnie skuteczności. Konsekwencja działań bękartów prowadzi ich szybko do głównego celu europejskiej misji: wyeliminowania Hitlera, ale w tej sprawie przyjdzie im jednak działać z niemiecką kolaborantką, aktorką Bridget von Hammersmark i (przypadkowo i właściwie nieświadomie) pewną Żydówką, której kilka lat wcześniej udało się zbiec z miejsca masakry jej rodziny.



Tytułowymi bękartami jest komando „gotowych na wszystko” żołnierzy żydowskiego pochodzenia, którzy wyruszają z USA do okupowanej Europy, by zwyczajnie wybić co do nogi (a przynajmniej jak najwięcej) napotkanych na swojej drodze nazistów. Ich przywódcą, który za trofea każe sobie przynosić skalp zdarty z każdego zabitego, jest Aldo Raine, przysłowiowy „facet z jajami”, dla którego antynazistowska misja jest życiowym celem. Nie przepuści żadnemu wyznawcy hitlerowskiej ideologii, a jeśli zdarzy się, że któryś ujdzie z życiem z jego rąk, to na pewno nie zapomni spotkania z bękartami, nosząc na czole pamiątkowy, charakterystyczny stygmat.

„Bękarty wojny” – We-Dwoje recenzujeKto najlepiej wymierzy karę oprawcy? Oczywiście – jego ofiara. Odwrócenie ról w filmie Quentina Tarantino dla niektórych będzie oczywistym odwetem za to, co Niemcy w czasie wojny robili z Żydami, dla innych jednak nie będzie to aż tak ważne lub widoczne: w „Bękartach…” bowiem obok prostej, spiskowej fabuły ważne są rewelacyjne kreacje bohaterów, bez których cały ten zgiełk nie miałby ani racji powodzenia, ani właściwego klimatu. Niektóre postacie są bardzo przerysowane (szczególnie Adolf Hitler, który mimo uwieczniających jego dumną sylwetkę obrazów okazuje się małym, neurotycznym i głupim człowiekiem) i zabawne, ale jednocześnie prawdziwe: przerażający w swym wyrachowaniu, ale i domyślności jest pułkownik Hans Landa (rewelacyjny Christoph Waltz) mający pseudonim Łowcy Żydów, wprowadzający wypowiedzeniem jednego tylko słowa niesamowite napięcie SS-man Deiter Hellstrom (August Diehl), wybuchowy „znawca” kina Joseph Goebbels (Sylvester Groth). Naziści budzą więc pożądaną odrazę i jednocześnie zamierzony (przynajmniej niektórzy) komizm, natomiast walczące z nimi bękarty i stojący po ich stronie przypadkowi bohaterowie także humor, ale przede wszystkim sympatię: bo jak nie lubić wybuchającej wciąż perlistym śmiechem, maskującym potajemne spotkanie w knajpie z ekipą Raine’a Bridget von Hammersmak (naprawdę świetna Diane Krueger), „Bękarty wojny” – We-Dwoje recenzujektóra mimo niemieckiego pochodzenia bierze czynny udział w misji zgładzenia Hitlera, ponurych, małomównych i lubujących się w mordowaniu nazistów bękartów, a także ich przywódcy (w roli Aldo Raine’a bardzo dobry Brad Pitt), który za uśmiechem wesołego sadysty skrywa równie dużą jak jego koledzy chęć odpłacenia Niemcom za to, co zrobili jego rodakom. Jest jeszcze Shoshana – także małomówna i rzadko się uśmiechająca, planująca na zimno wielką masakrę, świetnie pasowałaby do komanda bękartów. Ale ona uderza w Niemców z innej strony, planowanej z ukrycia i będącej efektem wyrafinowanej zemsty. Wszyscy mają w sobie jakieś „ale” – i świetnie, w toku akcji, ten swój cień rozwijają: czy to miną, czy oczami, czy sposobem mówienia lub poruszania się. Dosłownie wszystkim, co sprawia, że są tak wyraziste i przekonujące.



Dla niektórych film wyda się – dosłownie – „przegadany”, ale na dialogach opiera się cała intryga: to właśnie przygotowywanie akcji, cała jej teoretyczna otoczka jest sednem. Nie przychodzimy na bezsensowną sieczkę, którą serwują nam dzisiejsze pseudohorrory, pozbawione wszelkiej logiki i w ogóle fabuły, a skupione na pokazaniu krwawych jatek. „Bękartów” trzeba po prosu wysłuchać, by zrozumieć, o co właściwie chodzi, samemu połączyć fakty, obserwować zachowania i wyłapywać niuanse oraz nawiązania do innych klasyków filmu. Trzeba być uważnym i przyjemnie napiętym przy oglądaniu tych dialogowych potyczek, bo na końcu każdej z nich czai się zaskakujący, świetnie zainscenizowany przez reżysera wizualnie i sytuacyjnie finał.

Jak na reżysera, który lubuje się w scenach makabry, tych jest wyjątkowo mało, choć jak już się pojawiają, to są odpowiednio krwiste i realistyczne. Sceny konfrontacji z Niemcami są szybkie jak błyskawica i nie sposób czasem stwierdzić, kto do kogo i czym strzelał lub jakim przedmiotem rzucał. W każdym razie robią te sceny – jak zwykle u Tarantino – wrażenie, choć nie są najważniejsze. Oprócz, oczywiście, finałowej jatki, którą ogląda się długo i z perwersyjną wręcz przyjemnością.



Niektórym oczywiście nie spodoba się to antymartyrologiczne potraktowanie poważnego tematu ludobójstwa II wojny światowej. Film jednak wyraźnie nie chce nawiązywać do tej sfery, w pewnym sensie nawet się od niej odcina, bo chce opowiedzieć tylko jeden, mały fragment zaprawiony Tarantinową wyobraźnią i będący jedynie wariacją na temat wojny, a nie misyjną anegdotą. Oto historia inaczej – bo kto powiedział, że wojna jako taka to „niedotykalska świętość”. Artyści ponoć mogą więcej i w przypadku „Bękartów wojny” dobrze się stało, że Tarantino nie przejmował się konwenansami i utartymi schematami. Jak zwykle zresztą w jego przypadku.

Fot. filmweb.pl

Magdalena Mania

"Dom zły" - film dobry

„Dom zły” – film dobry. Można nawet powiedzieć, że bardzo dobry, choć przesiąknięty złem do szpiku taśmy filmowej. Naszym własnym zresztą.



Przypadek czy normalne następstwo pewnych zdarzeń? Dlaczego Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik) trafia pewnej deszczowej nocy do akurat tego stojącego dosłownie pośrodku niczego domu? Do domu, do którego wraca po kilku miesiącach, ale tym razem jako podejrzany o zabójstwo jego mieszkańców, małżeństwa Dziabasów? Czemu stało się to, co się stało i jak do tego doszło? Wszystkiego dowiemy się dzięki milicyjnemu śledztwu, ale czy tak naprawdę bardziej się przez nie cała sprawa nie zagmatwa? Czy właśnie jeszcze bardziej ugrzęźnie w jakimś pośniegowym błocie, w ludzkiej chciwości i zawiści?

Jest rok 1978. Film rozpoczyna scena wyładowania się z milicyjnych nysek kilkunastu umundurowanych funkcjonariuszy, wśród których jedynym zakutym w kajdanki jest Środoń. Wszyscy kierują się w stronę stojącego pośrodku pola śniegu opuszczonego domu, obok którego stoi spalona stodoła. W środku domostwa ma miejsce wizja lokalna, podczas której powoli, przeplatając się z obrazami z przeszłości, rozwija się opowieść Środonia dotycząca tej feralnej nocy, podczas której trafił do tego domu i jako jedyny obudził się po niej żywy, bo reszta domowników leżała zaszlachtowana w różnych miejscach domostwa i obejścia. Co się wtedy stało, pytają Środonia milicjanci, zapijając butelkami wódki kolejne etapy przesłuchania, przeprowadzają a to śledztwo, a to maglują własne, równie mroczne jak dochodzenie w sprawie zabójstwa Dziabasów prywatne sprawy, zakąszając je ogórkami konserwowymi i paląc „Męskie”.



Stojący na uboczu dom Dziabasów wydaje się być z początku ciepłą przystanią dla zagubionego w ciemnej nocy wędrowca Środonia. Małżeństwo początkowo nieufne wobec przybysza szybko oswaja się z przemoczonym i przyjaźnie zachowującym się mężczyzną, a na stole na znak nowej znajomości szybko staje wódka. Żona Dziabasa (Kinga Preis) robi pyszny rosół, w telewizji leci Helena Vondračkowa, Dziabas (Marian Dzięgiel) i Środoń umawiają się na wspólny interes, który pozwoli im wydobyć się z peerelowskiej szarzyzny i biedy, wszyscy tańczą i cieszą się, że ta jedna noc tak mogła odmienić życie całej trójki. I rano Środoń przekonuje się, że wódki było odrobinę za dużo, a kac moralny będzie go męczył do końca jego dni, bo okazuje się, że ten interes już na samym początku pochłonął aż trzy ofiary. Ale jak to się mogło stać? Jak w ciągu tych kilku deszczowych godzin krew zaczęła się lać wręcz strumieniami, a dom, który okazać się miał przytulną ostoją, przeobraził się w jakieś koszmarne więzienie z horroru?

Wojciech Smarzowski zrobił thriller psychologiczny, podczas którego zostajemy wbici w fotel z wrażenia: z filmu bije niepokój, który sprawia, że w napięciu czekamy, co wydarzy się za pięć minut. Wszystko zaczyna się dość niewinnie, ale to napięcie stopniuje się, bo retrospekcje nie dają nam spokoju, wprowadzają drugi plan, który wciąż rodzi kolejne pytania dotyczące tej strasznej nocy. Jednocześnie sami milicjanci i ich sprawy powodują, że w tym samym czasie skupiamy się na innych, mających równie kryminalne znamiona problemach, jakie dzieją się w życiu mundurowych. A my sami mamy wrażenie, że wszystkie te sprawy dotyczą także nas samych, bo choć ubrane w peerelowski kostium, to dotykają nas i dzisiaj, wydając są jakoś dziwnie bliskimi. Bo te małe i wielkie grzeszki bohaterów „Domu złego” to są też nasze, skrywane mocno i równie płytkie w charakterze powody, które powodują u nas równie duże zezwierzęcenie jak u postaci z filmu Smarzowskiego.



I to nie ten dom powoduje, że zło wycieka nagle ze wszystkich bohaterów, którzy się z nim zetkną. On tylko je pobudza, wywołuje na światło dzienne jak jakieś ukryte zwierzę, które musi właśnie zapolować i które w pewnym momencie poczyna sobie do woli, nieograniczone żadnymi hamulcami. Wyłazi z nich cała masa ich słabości, złych cech charakteru, tego, co zawsze jest łatwiej w człowieku wywołać niż inne, dobre odruchy. Dają upust złym emocjom, z których jedna pociąga drugą, aż w końcu powodują, że na końcu tego „pościgu za swoim za wszelką cenę” kryje się kulminacja tego zła.

Śniegu w tym filmie dużo, ma się wrażenie, że jakby miał coś przykryć lub oczyścić. Jednak gdy się go rozgrzebie, pod jego białą, czystą warstwą znajduje się zwykłe, czarne błoto. Metafora ludzkiej duszy, w której dobro miesza się z dobrem? Gdzie nic tak naprawdę nie jest jednoznacznie określone? Smarzowski w rozmowie z Katarzyną Janowską przyznaje, że każdą ze swych postaci starał się bronić, wciskając w jej charakterystykę odpowiednią mieszankę dobrych i złych cech: żaden z milicjantów tak naprawdę nie jest zepsuty do szpiku kości, ich zniewolenie i sposób traktowania zwykłych ludzi można zrzucić na zniewalający ludzką godność system, ale do końca krystaliczni także nie są. Każdy z nich ma jednak ludzkie problemy, które sprawiają, że w którymś momencie usprawiedliwiamy ich postępowanie w danych okolicznościach. Podobnie zresztą jest z winnym-newinnym Środoniem, który mimo wrażenia, że milicjanci właśnie w nim, dla świętego spokoju i szybkiego rozwiązania sprawy, chcą widzieć mordercę, swoje też ma za uszami. Wystarczy jednak jeden moment, jedna rzecz, która sprawi, że ten nasz cień, który mamy w sobie od urodzenia, weźmie nad nami górę, zawładnie naszym sposobem myślenia i osobowością i spowoduje, że wydarzy się coś naprawdę tragicznego. Wszyscy grzęźniemy w tym błocie, jeśli tylko na to pozwolimy i w odpowiednim momencie nie zastopujemy tej pędzącej kuli śnieżnej naszego domowego, prywatnego zła.

Fot. filmweb.pl

Magdalena Mania

2009-11-10

Notatki z wystawy, Patrick Gale



Popularne jest przekonanie, że sztuka nie może istnieć bez szaleństwa. Artysta nie Patrick Gale, Notatki z wystawymoże być w pełni „normalny”, bo byłby tak samo zwyczajny jak ludzie, którzy nie posiadają talentu, nie widziałby rzeczy, dzięki którym jego sztuka powstaje. Ale co wtedy, gdy wobec tego małego, zwariowanego świata jednej uzdolnionej osoby jest podporządkowane życie całej rodziny? I gdy to szaleństwo wcale nie pomaga, wręcz przeciwnie – niszczy tę rodzinę od wewnątrz, sprawiając, że staje się ona równie wypaczona jak jej chory artysta?

Rachel Kelly to utalentowana i ceniona w artystycznym świecie malarka abstrakcyjna. Gdy maluje, jej świadomość odpływa na długie godziny, które spędza w pracowni na strychu rodzinnego domu. Wyrywa ją z tych podróży we własną nieświadomość tylko głos męża Antony’ego, który wzywa ją przez zamontowany interkom do sypialni. Rachel zdaje sobie nagle sprawę, że w pracowni spędziła cały dzień, zwiedziona do niej nagłym impulsem, który kazał jej następnie mieszać farby i pokrywać nimi kolejne płótno.

Niby wszystko jest w porządku, każda rodzina, w której objawia się nieprzeciętny talent, musi zgodzić się, że osoba nim obdarzona żyje we własnym świecie, którym nie rządzą ani zegarek, ani kalendarz, ani żadne prawa, według których funkcjonują inni ludzie. Trzeba być wyrozumiałym i nie przejmować się, gdy taki artysta znika na całe dnie, by pisać lub malować w zaciszu swojego warsztatu i nagle wyłonić się z niego pod koniec dnia po to, by spożyć kolację, która tak naprawdę jest trzema dziennymi posiłkami w jednym. Ale za talentem Rachel Kelly kryje się coś więcej niż czysta przyjemność tworzenia: jest to choroba, psychoza maniakalno-depresyjna, która ma ogromny wpływ na to, jak kobieta się zachowuje, kiedy i jak tworzy, a co najważniejsze – jak jej zachowanie wpływa na stosunki rodzinne pomiędzy nią i dziećmi oraz mężem. A przede wszystkim jak niszczy wszystko, w tym samą siebie.

Ale tego, jak wyglądało życie Rachel i jej bliskich, dowiadujemy się z retrospekcji, bowiem główna bohaterka umiera już na pierwszych kartach powieści. Znaleziona martwa w swej pracowni, w której jadła, wypróżniała się, malowała i po prostu żyła, staje się impulsem dla jej męża i dzieci do podróży w przeszłość, odkrycia pochodzenia samej Rachel, która bardzo skrupulatnie przez całe życie ukrywała swoje korzenie, tego kim była, zanim spotkała Antony’ego i kim stała się po wyjściu za mąż, zamieszkaniu w kornwalijskim Penzacne i urodzeniu czwórki dzieci. A przede wszystkim ta podróż zmusza zarówno męża, jak i dzieci, do ponurej refleksji na temat tego, czy jej śmierć to strata pełna cierpienia i żalu, czy wręcz przeciwnie – to uwolnienie się od osoby, która przez swą chorobę nieświadomie terroryzowała rodzinę. Na jaw wychodzą skrywane dotąd tajemnice i historie, zarówno przez Rachel, jak i jej męża, a także dzieci, wracają wspomnienia, o których wszyscy chcieliby zapomnieć, pojawia się żal, że utalentowana matka, która dla każdego dziecka w dniu jego urodzin przygotowywała jakieś artystyczne cacko, w dni powszednie była „sucha” i dystansowała się do rodziny, wpadała w szał i nigdy nie okazywała głębszych uczuć niż osobisty zachwyt nad czymś, co było warte późniejszego uwiecznienia na płótnie. Żadnego przytulania przez matkę, gdy któremuś dziecku było przykro. Żadnego współczucia, gdy syn stłukł sobie kolano. Z drugiej zaś strony obecne było ciągłe napięcie i pilnowanie własnej matki, by w kolejnym napadzie samobójczym nie podcięła sobie żył.

Patrick Gale przeprowadza wiwisekcję nietypowej rodziny, w której każdy członek jest jakby skażony nieobliczalnym postępowaniem szalonej Rachel. Po ludzku opowiada, jak żyje się z osobą z chorobą afektywną dwubiegunową, której emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie, trwają chwilę lub kilka dni, wywracając życie wszystkich członków rodziny do góry nogami i sprawiając, że taką osobę wszyscy traktują najpierw jako wariata, a dopiero potem jako matkę. Opowiada też o tym, jak choroba matki, jakby główne spoiwo rodziny, znika, a na wierzch wychodzą dotąd tłumione emocje, jakich nikt nie miał czasu pielęgnować przez te wszystkie lata wariactw Rachel. Wszyscy zostali ukształtowani przez chorobę matki i jednocześnie starają się bez niej teraz na nowo żyć, układać po swojemu własne życia, normalnie, bez poczucia winy i zobowiązań.

Tytułowe notatki z wystawy obrazów Rachel Kelly, które rozpoczynają każdy rozdział, są przyczynkiem do kolejnych historii związanych z życiem tej rodziny. I jednocześnie te opisy jej obrazów pokazują, że sama, w głębi duszy, o czym wszyscy wiedzieli, nie będąca złym człowiekiem, Kelly była świadoma tego, co dzieje się wokół niej – że mimo choroby była wnikliwym obserwatorem tego, co działo się w jej życiu, choć sprawiała wrażenie nieobecnej i nierozumiejącej wielu spraw czy uczuć. Jakby sztuka pozwalała jej na dialog z otoczeniem, z którym nie mogła dojść do porozumienia w realnym świecie.

Gale wodzi nas za nos, wrzuca w wypowiedzi niedopowiedzenia, które po jakimś czasie rozwija w osobną historię, ale zanim to nastąpi, opowiada inną, równie tajemniczą, ale jednocześnie zwykłą. Świetna obyczajówka, można by powiedzieć. Nie egzaltowana, nie przesadzona, obiektywnie starająca się ująć przeżycia Rachel, Antony'ego i ich dzieci. A mimo wszystko tętniąca emocjami, które udzielają się samemu czytelnikowi, wciągają, każą się zastanawiać. Jakby w tym szaleństwie uzdolnionej Rachel Kelly naprawdę tkwiła jakaś metoda.

Patrick Gale, Notatki z wystawy
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
cena: 34,90
2009

Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa, Eduardo Mendosa



Świecki kryminał ze Świętą Rodziną w tle.Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa, Eduardo Mendosa

Ubogi Rzymianin ze stanu ekwickiego – co często sam powtarza – został zmuszony, by zarobić ciężką pracą na życie, które nie opływało w luksus, a nawet w podstawowe wartości: ciepłą strawę i dach nad głową. Poturbowany w drodze i ogołocony ze wszystkiego, co miał (a miał niewiele), trafia do jednej z uboższych prowincji Cesarstwa Rzymskiego, mianowicie do Nazaretu, gdzie spotyka małego chłopca – samego Jezusa Chrystusa. I dostaje od niego zlecenie: potrząsając przed nosem Pomponiusza sakiewką z pieniędzmi, Jezus przekonuje Rzymianina do podjęcia wyzwania – musi udowodnić, że ojciec chłopca, Józef, nie popełnił morderstwa, za które ma zostać za kilka dni ukrzyżowany. A sam podejrzany uparcie milczy w tej sprawie, co wzbudza poważne wątpliwości u prowadzącego śledztwo detektywa. Zaś po drodze, w miarę zagłębiania się w pozornie oczywistą sprawę, wychodzą na światło dzienne różne skrywane tajemnice, które sprawiają, że nastawiony na szybki zysk Pomponiusz zaczyna powątpiewać w sens prowadzenia sprawy, a jego samego nachodzą obawy o jego własne życie.

Książka Eduardo Mendosy to lekka i czysta rozrywka, w której chłonięciu nie przeszkadza chrześcijański wątek. Ot, zabawna, ironiczna, choć prowadzona w iście stoickim stylu narracja, która w subtelny sposób łączy ze sobą elementy hedonistycznego, tak „niezobowiązującego” rzymskiego podejścia do świata Pomponiusza i bardziej konserwatywne, choć nie tak rygorystyczne, jak się by mogło wydawać, interpretowanie rzeczywistości przez małego Jezusa. Mendosa przewrotnie i delikatnie zderza ze sobą filozoficzne nurty, systemy wierzeń i hierarchie wartości poprzez połączenie ich kryminalnym motywem – nieskomplikowanym, ale wciągającym, bo wciąż pojawiają się nowe niewiadome, które wyjaśniają się dosłownie na samym końcu powieści.

Sherlock Holmes w todze, trochę tchórzliwy i nieobowiązkowy, lekko głodnawy, lekko pijany, jeszcze bardziej niewyspany i nastawiony na bezrefleksyjną zabawę, przede wszystkim seksualną, zaś przy nim nieodłączny, młody Jezus jako Watson – oto nowy typ detektywa, który serwuje Eduardo Mendosa w swej książce. Typ sympatyczny, tak samo ja opowiadana historia.

Rok wydania: 2009
Ilość stron: 144
Wydawnictwo: Znak
Cena detaliczna: 27,90 zł

Marzycielka z Ostendy, Erich-Emmanuel Schmitt

„Marzycielka...” to pierwsza książka pana Schmitta, jaką dane mi było czytać i jaka wpadła mi w ręce pewnego leniwego popołudnia. Ot, książka z opowiadaniami. Nic zobowiązującego, poczytam kilka stron, pójdę na rower. Tak bardzo niezobowiązującego, że z tego popołudnia zrobił się nagle wieczór, a ja stwierdziłam, że po raz pierwszy od dłuższego czasu wciągnęła mnie fabuła jakiejś książki. A właściwie kilka fabuł, prostych, niemal naiwnych, ale mimo wszystko przyjemnych dla oka i umysłu.

Marzycielka z Ostendy, Erich-Emmanuel SchmittChyba przerzucam się na opowiadania. I chyba będę szła dzięki temu z duchem czasu, bo dzisiaj już na powieści zwykły czytelnik nie ma już czasu: za szybkie tempo życia, za mało czasu wolnego, by się skupić na rozbudowanej na kilkaset stron fabule, w której pojawia się kilkunastu bohaterów, a każdy z nich ma własną historię... nie, nie, to nie dla mnie. Ja chcę się szybko „umagicznić” podczas przejażdżki autobusem do pracy, czytając krótką formę literacką, która dodatkowo nie obciąży mi torebki. Tak lubię i się tego nie wstydzę. I pan Schmitt idealnie trafił w to moje czytelnicze lenistwo.
Pan Schmitt spowodował, że owszem – opowiadania może i mają być krótkie i niezobowiązujące pod względem braku dłuższej chwili przeznaczonej na ślęczenie nad słowem drukowanym, ale przede wszystkim powinny być po prostu taką małą błyskotką w dniu pełnym ogólnego braku życiowej weny.
Pan Schmitt tym zbiorem opowiadań, które nie są szczególnie wybitnymi literackimi tworami, spowodował jednak, że się zaciekawiłam. Nieświadoma mego głodu fabularnego, który został przytłumiony przez książki o tematyce fachowej, pisanej siermiężnym, naukowym językiem, poczułam lekki niepokój. Pan Schmitt owszem, nie odkrył literackiej Ameryki, zastosował znane chwyty literackie, niektóre nawet wyżęte ze swego uroku do granic możliwości, ale mimo to jego książka mnie przebudziła, a raczej pobudziła – literacko. I w tym tkwi metoda, która odchodzi jak najdalej od udziwniania fabuł na wszystkie sposoby, pakując w nie perwersje, oniryczne wizje lub inne „szoki”. Autor „Marzycielki” zaciekawił właśnie klasyczną prostotą, może w większości banalną, szczególnie w ostatnim opowiadaniu, ale którą się chłonie. Przypomniałam sobie, że fabuła może być fajna i że warto do niej wracać systematycznie, bo się zakopię w tej górze „trudnych słów”, których człowiek spoza branży, w jakiej się obracam, nie zrozumie.

Może to moja chwilowa słabość, bo jak już stwierdziłam, wypaczyła mnie literatura, która w dużej mierze ze sztuką nie ma nic wspólnego i po której rzucam się niczym wygłodniały wilk na każdą fabułę i żywego bohatera majaczącego na kartkach książki. I może mi niedługo przejdzie ten głód, stwierdzę, że pan Schmitt mógł to lepiej zrobić, a mnie zrobi się wstyd, że się „czymś takim” podnieciłam. Ale dzięki temu też uznam, że trzeba czytać literaturę piękną, by się właśnie umagiczniać i sięgnę wtedy po tak zachwalanego „Oskara i panią Różę”, by porównać. I po prostu poczytać.

Marzycielka z Ostendy, Erich-Emmanuel Schmitt
Rok wydania: 2009
Format: 124x195
Ilość stron: 256
Wydawnictwo: Znak
Cena detaliczna: 36,90 zł

Hańba, John Maxwell Coetzee



To jest dobra książka. Wręcz świetna. I właśnie przez to ciężko o niej napisać Hańba, John Maxwell Coetzeerecenzję. Jakąkolwiek.

Od miesiąca zbieram się na skreślenie kilku słów na jej temat. I od miesiąca myślę, od czego zacząć – najlepiej od wszystkiego, ale jak przychodzi do zbliżenia z klawiaturą, to w głowie mam pustkę. I kompletnie tego nie rozumiem, bo przemyśleń, pozytywnych, na temat „Hańby” mam wiele. Ale przelewanie tego wszystkiego na papier to wręcz hańba, jakby odzieranie tej powieści z tego, co w niej najlepsze. Ale.... czego właśnie?

Nie będę prawić banałów, mówiąc, że Coetzee zasłużenie dostał za to, jak pisze, Nobla i Nagrodę Bookera, choć ta pierwsza ostatnimi dniami zostaje podważana przez dość kontrowersyjne decyzje Komisji Noblowskiej. Nie przypiszę mu jakiejś literackiej misji, którą realizuje w swojej twórczości, żadnej powagi dojrzałego pana z mlecznobiałą brodą, pogłębionej analizy psychologicznej bohaterów, w której się tak niektórzy twórcy lubują. Po prostu opiszę skróconą wersję prostej i jednocześnie skomplikowanej historii, jaką prezentuje Coetzee w „Hańbie” i dorzucę kilka swoich przemyśleń na jej temat.

Naturalizm, obiektywizm, stoicyzm – z tymi trzema pojęciami kojarzy mi się „Hańba”. Nie ma tutaj wartkiej akcji, dominuje raczej statyczna obserwacja, czas leci tutaj spokojnie, wręcz leniwie, wszystkie wydarzenia, jakie spotykają głównego bohatera, logicznie po sobie następują, jedna wynika z drugiej, a David przyjmuje je ze spokojem, jakby je – przynajmniej z początku, w związku z romansem ze swoją studentką – zaplanował. Wyrzucenie z uczelni za molestowanie studentki? Prędzej czy później, nie krył się jakoś szczególnie ze swoją słabością do ślicznej Melanie, musiało to wyjść na światło dzienne. Włamanie do jego domu? Był świadomy, że łatwo się do niego dostać komuś bez klucza do zamka w drzwiach wejściowych. Wszystkie te projektowane sytuacje pewnie następują po sobie do czasu, bo jedna rzecz wymyka mu się spod kontroli i nie jest w stanie wpłynąć ani swym autorytetem, przygaśniętym przez postępującą stetryczałość, ani wiedzą, ani uczuciami.

Z początku odrobinę zadufany w sobie 50-letni profesor literatury angielskiej wydaje się być odpychający: próżny, ufny w swoją wiedzę i swoje racje, traktuje ludzi marionetkowo, nie wgłębiając się kompletnie w uczucia, które nimi rządzą, w tym samą Melanie. Ale z jego postaci przebija pustka – ten próg wieku został przekroczony, David przestaje się nagle zachowywać jak człowiek myślący głową a nie penisem, zaczyna szaleć jak nastolatek w wieku dojrzewania, nie przewiduje niczego, w tym konsekwencji, a jak przewiduje, to jego doskonała osobowość nie pozwala na przyjęcie krytyki, ukorzenie się przed radą uniwersytecką, która musi osądzić jego postępowanie, chcąc usłyszeć skruchę z ust Davida, która pozwoli na jego częściową rehabilitację. Ale on się nie zgadza – woli odejść z uczelni, na której już mu nie zależy. Studenci nie budzą w nim pasji, sami są znudzeni, nie umieją interpretować literatury, która dla niego jest pasjonująca, poza tym stracił nieodwracalnie szacunek innych – a nie chce mu się już o niego walczyć. Wyjeżdża więc z Kapsztadu, zostawiając w nim pohańbioną przeszłość i kieruje się do domu swojej córki, Lucy, lesbijki mieszkającej na wsi, z dala od miasta i niemal wszelkiej cywilizacji. Poziom niżej egzystencji, ale Lurie stara się dostosować i zrozumieć, czemu jego córka wygląda z roku na rok coraz obficiej i tym samym – według niego – gorzej, robi to, co robi, czyli sprzedaje warzywa na targu, i żyje tam, gdzie ciężko o ciepłą wodę w kranie.

Drugie zhańbienie ma miejsce podczas napadu na dom Lucy przez trzech nieznajomych czarnoskórych mężczyzn, którzy mordują psy kobiety, Davida obezwładniają i podpalają, zaś ją wielokrotnie gwałcą. Bezsilny Lurie nie może sobie wybaczyć, że nie mógł pomóc córce, ale ona nie przejawia żadnych negatywnych emocji związanych z wydarzeniem, wręcz przeciwnie – bije od niej dziwny spokój, zrozumienie sytuacji i jakaś zgoda na to, co się jej stało. Profesorowi nie mieści się to w głowie, buntuje się, ale Lucy uzmysławia mu, że jego zasady, którymi żył w Kapsztadzie, tutaj, na Wschodnim Wybrzeżu, są całkowicie niezrozumiałe, są kompletnie oderwane od tamtejszej rzeczywistości. Bezsiła i jednocześnie potrzeba ukarania winnych, jakie dopadają Davida, powodują powolne otępienie, walka z obcym światopoglądem, który w tym kraju istniał od zawsze, reprezentowany przez nie tak cywilizowanych ludzi jak on, jest ponad jego siły. Siły białego, starego i samotnego człowieka na obcej ziemi.

Jest to opowieść o czarnej Afryce i białym człowieku
, który wrzucony w dziką, prymitywną kulturę stara się – choć mu to nie wychodzi – zrozumieć to, co zastał poza granicami Kapsztadu. Tam nie ma czegoś takiego jak mądrość i wiedza książkowa, analizy sytuacji i wyciąganie z nich odpowiednich, sprawiedliwych wniosków. A narracja, spokojna, ascetyczna wręcz, bo autor nie bawi się w górnolotne metafory – stawia sprawy czarno na białym, opisuje sytuacje w sposób naturalistyczny, a przemyślenia bohatera obiektywnie, bez osądzania – to wszystko sprawia, że książka, na pierwszy rzut oka, pisana nieemocjonalnie, w czytelniku budzi oburzenie, złość, gniew i niezrozumienie. Stary, niedołężniejący z tygodnia na tydzień Lurie przez swoje doświadczenie trochę pokazuje nas samych, zwykłych ludzi, dla których pojęcie gwałtu kobiety to coś, co się zwyczajnie w głowie nie mieści, choć gdy się o czymś takim słyszy, przemawia przez nas współczucie, podyktowane bardziej ogólnymi zasadami niż własnymi przemyśleniami. Nas – żyjących z dala od tego dziwnego świata czarnoskórych i owładniętych seksualną żądzą Afrykańczyków – dla których zasady kierujące cywilizacją białego człowieka to jedyny znany i słuszny światopogląd.

Książka konkretna, dająca do myślenia i jednocześnie pokazująca, jak szybko można upaść tak nisko jak to, czym się gardzi i jak grozi to każdemu z nas, w każdym momencie i jak bardzo złudny może być ten nienaruszalny etos, który można tak łatwo zhańbić w nowych, nieznanych warunkach i świecie.

John Maxwell Coetzee, Hańba
Rok wydania: 2009
Format: 124x195 mm
Ilość stron: 268
Wydawnictwo: Znak
Cena detaliczna: 32,90 zł

2009-08-29

Judy Budnitz, Ładne duże amerykańskie dziecko

Zastawiam się, skąd Budnitz brała pomysły na historie-nowele, które zebrały się na "Ładne…". Bo te historie są niesamowite. Tak niesamowite, że aż normalne i bliskie. Więc brała je z życia? Ale czyjego? Tego "normalnego" właśnie? I ta niepewność czytającego, którą książka wzbudza, wydaje się być kluczem do sukcesu pisarki.Judy Budnitz, Ładne duże amerykańskie dziecko

Perwersyjna gra z wyobraźnią – pod takim hasłem Wydawnictwo Znak reklamuje tę książkę. W istocie: Budnitz gra z wyobraźnią czytelnika w bardzo wyuzdany sposób: nagina rzeczywistość, jaką znamy, tę uważaną za normalną i naturalną, do granic zdrowego rozsądku, wplatając w nią elementy krańcowo nierzeczywiste. Łaskocze, podnieca. Dodaje szczyptę magii, która czasem przebija swym aromatem całą historię, szczególnie gdy zbliżamy się do puenty przesyconej w całości niesamowitością. Opowiada historie zwykłych ludzi, przeciętnych do szpiku kości, którzy nagle okazują się osobami, jakie na pewno nie mogłyby żyć obok nas. To się nie dzieje naprawdę, myśli czytelnik, zgłębiając się w lekturze tej książki. A spokój narracji, jaką prowadzi autorka, pewność, jaka z niej bije, mówi o czymś zupełnie odwrotnym. Wystarczy odrobina fantazji, wyobraźni, dzięki której świat, jaki nas otacza, zyska to drugie, głębsze dno.
Budnitz jest przewrotną pisarką. Można jej zazdrościć umiejętności wywracania sztampowego myślenia i podejścia do świata, oraz wyobraźni. Bo tę ma wyjątkowo niewyjątkową. Czytając wszystkie historie, coraz intensywniej czułam na przemian przerażenie, radość, odrazę, niepokój, współczucie, a przede wszystkim zaciekawienie. Pięcioletnia ciąża jednej z bohaterek? Czemu nie. Farma hodująca przedstawicieli handlowych zamiast kur? A co w tym dziwnego? Judy opowiada o tym wszystkim, jakby było codziennością, jakby należało do pojmowanego przez nas naturalnie świata. A że nieprawdopodobne? Dlaczego? Bo zostaliśmy przyzwyczajeni do określonego sposobu myślenia, doświadczenie nauczyło nas, że pewne rzeczy się nie zdarzają, nauka nie pozwala na takie odchylenia. Zero w tym wszystkim wyobraźni. Ale dzięki grze z naszym racjonalizmem, Budnitz osiąga to, co zamierzała: myślenie. Zamyślenie nad tym, co się w danej historii zdarzyło. Ale jest ono inne niż to nasze dotychczasowe – zabarwione jest nieprawdopodobieństwem, lekkością, swobodą. Taka jest wyobraźnia, której nam na co dzień po prostu brakuje.
Świetnie się czyta ten zbiór, przypominają się czasy dzieciństwa, kiedy wyobraźnia nie była okuta więzami prawdopodobieństwa i naukowego myślenia. Dzięki "Ładnemu…" poczułam się jak duże dziecko. Ktoś ponownie przybliżył mi sposób pojmowania świata, które pozwala się oderwać od twardego stąpania od ziemi. Polecam każdemu, kto chciałby spojrzeć na świat, własne i czyjeś problemy, na wielkie sprawy świata mniej poważnie, bardziej przewrotnie. Niewinnie i z wyobraźnią. Bo czasem dziwne historie, zawikłane, wydające się zbyt niesamowite, by mogły być prawdziwe, mogą mieć dziecinnie proste wytłumaczenie.


Judy Budnitz, Ładne duże amerykańskie dziecko
Wydawnictwo Znak

Recenzja opublikowana na serwisie We-Dwoje.pl oraz na stronie Wydawnictwa Znak.

2009-08-07

Zakupologia dla każdego - Martin Lindstrom

Wchodzisz do zwykłego supermarketu. I już wiesz, że wszystkie te półki z towarami to teatr, który cię zachwyci tak bardzo, że zostawisz w kasie o wiele więcej pieniędzy, niż zamierzałaś. To znaczy.. powinnaś wiedzieć, ale zazwyczaj nie zdajesz sobie z tego sprawy. O tym właśnie jest „Zakupologia” Martina Lindstroma. O świadomym kupowaniu i o tym, dlaczego w ogóle kupujemy.

Duńczyk Martin Lindstrom, światowej sławy specjalista od brandingu, postanowił, że napisze książkę. Nie dla biznesmenów, których półki od porad marketingowych uginają się od ciężaru tomów. Postanowił, że napisze coś, co będą czytać zwykli ludzie – masy nieuświadomionych a manipulowanych przez firmy, twórców marek, konsumentów. Napisze książkę o delikatnych sposobach samoobrony przed – przez nas uważanymi za indywidualne, z ręką na pulsie dokonywanymi w sklepach wyborami – manipulacją i programowaniem naszego zachowania, które tuż po przekroczeniu progu sklepu przypomina bezwiedny spacer za marchewką na kiju.
Mózg ludzki to niesamowity, pełen niezrozumiałych neurologicznych zjawisk narząd. A człowiek, który go posiada, jest jeszcze bardziej skomplikowany. Lindstrom przeprowadza na kartach książki eksperymenty, które mają na celu zbadanie naszych pobudek, emocji, reakcji i wrażeń, jakimi kierujemy się między sklepowymi półkami, przy oglądaniu reklam czy też kiedy dajemy się Martin Lindstrom, Zakupologianamówić sklepowej hostessie na darmowy poczęstunek. Wyniki testów są często zaskakujące, nawet niszczycielskie, jeśli chodzi o kreowanie danej marki przez jej producentów, a następnie jej odbiór przez konsumentów. Jednak jest w tym wszystkim jedna stała: myślimy co innego, niż mówimy. I na tym można oprzeć większość tych badań, których jesteśmy obserwatorami. Bardzo zresztą zaskoczonymi.

Przyszłaś do sklepu, mając w kieszeni kartkę z zakupami. Widnieje na niej 10 pozycji i nie zamierzasz kupować więcej, niż to, co zaplanowałaś. Jednak już gdy wychodzisz z marketu, stwierdzasz, że w torbach masz jakieś 20 rzeczy więcej (i może jedną tylko z prototypowej listy zakupowej), niż miałaś mieć. Czujesz, ze budzisz się z jakiegoś transu – tylko skąd on się wziął? Przecież cały czas byłaś świadoma tego zakupowego spaceru.

Wróć więc myślami do bramki, która wpuściła cię między półki. Przypominasz sobie, że od tego momentu w sklepie unosił się smakowity zapach świeżo upieczonego chleba i ciastek? A zauważyłaś, że nigdzie nie ma piekarni? Co dopiero na stoisku kosmetycznym, do którego chlebowy aromat cię zaprowadził: tam pachniało z kolei pyszną wanilią. No i w koszyku nagle znalazły się różnego rodzaju kremy na zmarszczki, a te z kolei – masz dopiero 35 lat i piękną cerę – zapewniają ci poczucie bezpieczeństwa, bo skoro je masz, to na pewno (jak mówi reklama tych kremów w dosłownym sensie: jak nie będziesz używać tych kremów, to będziesz miała zmarszczki!) twoja twarz dłużej pozostanie młoda. Choć i tak tych specyfików nie potrzebujesz. Ale jeśli nie kupisz, to pozostanie w tobie poczucie zagrożenia tą wizją pojawiających się na skórze bruzd. A pamiętasz, jak były ustawione produkty na półkach? Najdroższe – na wysokości twoich oczu. Dodatkowo było ich trochę mało, więc mogłaś pomyśleć, że skoro jest ich tylko kilka sztuk, to na pewno schodzą jak woda, czyli są niezłe, więc tym bardziej ochrona przed oznakami starości się przyda. A potem dojście do kasy: batoniki, gumy do żucia, prezerwatywy na małym stoisku przy kasjerce. Znajdujesz potem „gumki” w torebce – a przecież jesteś stuprocentową wyznawczynią singlowego stylu życia bez seksu.
Wszystko było świadome? Masz więc zakupowego kaca. Nic dziwnego – jak po nitce szłaś po marketowym labiryncie. Firmy miały nad tobą przewagę – a raczej nad twoim mózgiem, głównym wyborcą produktów, za jakie zapłaciłaś o 100 procent więcej, niż zamierzałaś.

Nowa religia – zakupy. Wyznajemy wiarę w różne marki, przywiązujemy się, a oddawanie im czci sprawia, że czujemy się wniebowzięci i szczęśliwi. Martin Lindstrom pisze właśnie o tym: o świadomości, jakiej nam brakuje przy wyborze danej marki, której ufamy bezgranicznie i zarazem nielogicznie. I pomaga się odnaleźć wśród podstawowych zakusów na naszą – niestety, nierealną w dużym stopniu – niezależność konsumencką. Po lekturze tej książki inaczej będziesz patrzeć na nagą modelkę w reklamie i sięgać po perfumy, które właśnie zaprezentowała w spocie. Będziesz kupować odrobinę bardziej świadomie niż dotychczas, choć i tak nie uświadomisz sobie w pełni, jak bardzo dajesz się nabierać na marketingowe sztuczki. I to za każdym razem, gdy przestąpisz próg sklepu.

2008-12-20

Współodczuwanie choroby wieku - Tomasz Jastrun, "Rzeka podziemna"

Straszna jest choroba, jaka toczy głównego bohatera „Rzeki podziemnej” Tomasza Jastruna. Atakuje znienacka, powoli wierci i niszczy od środka, pokazana w objawach tak szczegółowo jak wiwisekcja na lekcji anatomii, choć to choroba bardziej psychiczna niż fizyczna. Straszny jest temat depresji, który poruszył Jastrun w swym powieściowym debiucie. Ale właśnie dzięki niemu napisał książkę genialną, o ile nie wybitną. Drążącą czytelnika niemal tak głęboko, że ma wrażenie, jakby jego samego coś bolało.

„Rzeka podziemna” to książka interesująca, ale i niepokojąca. Poznajemy mężczyznę, na oko 50-latka, byłego „Solidarnościowca", rozwiedzionego, ale „nie do końca”, bo mimo że nie mieszka już z żoną, to nadal pozostają małżeństwem. Mężczyzna ma z żoną już dorosłą córkę, ale potomstwa dorobił się też z inną kobietą, o dziwo syn jest w tym samym wieku co córka pochodząca z prawego łoża. Mężczyzna ma także matkę, chorą psychicznie, ale wyzwoloną seksualnie starszą kobietę, z którą nie znajduje żadnej płaszczyzny porozumienia, którą musi kontrolować, gdy ta wyjeżdża w miasto taksówką i bez wieści ginie w gęstwinie Warszawy. Mężczyzna ma jednak kota Świrka, najbliższego przyjaciela, który po całodziennej nieobecności zasypia mu na piersi, uspokajając mruczeniem zmęczonego bohatera. Mężczyzna ma dobrze płatną pracę, mieszka sam, jest też nieco rozwiązły seksualnie, singiel po przejściach można by powiedzieć, którego rozrywką jest drażnienie starszej sąsiadki, zagorzałej zwolenniczki wszystkiego, co zgodne z prawem bożym i ludzkim, i jednocześnie przeciwniczki erotycznych harców głównego bohatera, których musi wysłuchiwać nocami zza ściany.

Niby nikt szczególny, niby życie też takie sobie, lekko pokiereszowane, wręcz nudne, ale spokojne, stabilne. Mężczyzna ma jednak problem. Siebie samego. I od tego się zaczyna, w sumie od pierwszej strony, opowieść o powolnym samozniszczeniu po złapaniu jakby „z powietrza” choroby wieku, nagle, bez ostrzeżenia, atakującej jak niezidentyfikowany na ciele kleszcz, który gdzieś się wbił w skórę, ale nie wiadomo gdzie i cały czas uwalnia toksynę do organizmu głównego bohatera. „Masz klimakterium, przejdzie”, stwierdzają kobiety jego życia, odkładając słuchawkę po rozmowie z mężczyzną. A on się obija, najpierw od ściany do ściany mieszkania, które zmienia, bo nie może w nim już wytrzymać, wylatuje z pracy, bo jest już mało wydajny, przestaje wstawać z łóżka, nie ma ochoty na seks, przestaje się pożywiać, przestaje żywić swego kota, kot więc w końcu zdycha, twarz w lustrze, którą widzi, przestaje traktować jako własną. Obija się nadal w nowym mieszkaniu, obija się wreszcie w środku siebie, w ciele, z którego chce się w końcu wydostać, bo jednoczesna niemoc, cierpienie i obojętność szczytuje, a on ma już serdecznie dość wszystkiego, siebie w szczególności, choć dojście do takiego wniosku to wyjątkowy wysiłek dla jego nadwątlonej chorobą psychiki.

Czytając te sugestywne opisy staczania się w siebie, w swoją psychikę, z której potem zostaje pusta przestrzeń, zastanawiać się można, czy Jastrun nie jest właśnie tym pięćdziesięciolatkiem: chwilami nieudacznik, podstarzały erotoman, któremu na nikim i niczym nie zależy i tym samym denerwuje swoją postawą tak bardzo, że chce się człowiekiem potrząsnąć i kazać wziąć się za siebie; chwilami mały chłopiec, który nie jest przyzwyczajony do tego, żeby żalić się komuś ze swoich zmartwień i wylewa wszystko na papier, do szuflady, a chwilami jest to ktoś, komu chce się szczerze pomóc, ale nie wie najzwyczajniej, jak to zrobić, bo nie wie się, czym jest ta choroba, choć poznaje się niemal namacalnie jej objawy. Za nic nie można jej pojąć. Tak samo nie udaje się zrozumieć postępowania bohatera, który na naszych oczach po prostu umiera, najzwyczajniej "zdycha", jak sam stwierdza wielokrotnie. Próby reanimacji samego siebie - przygodny seks, próba uratowania od toksycznej matki, okazywanie szczątkowego zainteresowania własnymi dziećmi - spełzają na niczym. A czytelnik może się w tym momencie zastanawiać dlaczego, skoro jego samego tak bardzo porusza sytuacja tego nieudacznika, nikt inny nie słyszy jego wołania, wręcz krzyku o pomoc dla tonącego w tej rzece podziemnej.

Ktoś kiedyś stwierdził, że z dobrych uczuć robi się złą literaturę. Parafrazując to stwierdzenie na potrzeby recenzji, stwierdzam, że ze złego, mrocznego i nieznanego uczucia Tomasz Jastrun stworzył bardzo dobrą książkę, którą czyta się jednym tchem, choć ta czynność sprawia czasem ogromny, psychiczny ból. Współodczuwania nie da się przy „Rzece podziemnej” zaniechać, można się go najzwyczajniej świetnie nauczyć.


Tomasz Jastrun, Rzeka podziemna
Agencja Wydawnicza Jacek Santorski & Co, Warszawa