Pan Schmitt spowodował, że owszem – opowiadania może i mają być krótkie i niezobowiązujące pod względem braku dłuższej chwili przeznaczonej na ślęczenie nad słowem drukowanym, ale przede wszystkim powinny być po prostu taką małą błyskotką w dniu pełnym ogólnego braku życiowej weny.
Pan Schmitt tym zbiorem opowiadań, które nie są szczególnie wybitnymi literackimi tworami, spowodował jednak, że się zaciekawiłam. Nieświadoma mego głodu fabularnego, który został przytłumiony przez książki o tematyce fachowej, pisanej siermiężnym, naukowym językiem, poczułam lekki niepokój. Pan Schmitt owszem, nie odkrył literackiej Ameryki, zastosował znane chwyty literackie, niektóre nawet wyżęte ze swego uroku do granic możliwości, ale mimo to jego książka mnie przebudziła, a raczej pobudziła – literacko. I w tym tkwi metoda, która odchodzi jak najdalej od udziwniania fabuł na wszystkie sposoby, pakując w nie perwersje, oniryczne wizje lub inne „szoki”. Autor „Marzycielki” zaciekawił właśnie klasyczną prostotą, może w większości banalną, szczególnie w ostatnim opowiadaniu, ale którą się chłonie. Przypomniałam sobie, że fabuła może być fajna i że warto do niej wracać systematycznie, bo się zakopię w tej górze „trudnych słów”, których człowiek spoza branży, w jakiej się obracam, nie zrozumie.
Może to moja chwilowa słabość, bo jak już stwierdziłam, wypaczyła mnie literatura, która w dużej mierze ze sztuką nie ma nic wspólnego i po której rzucam się niczym wygłodniały wilk na każdą fabułę i żywego bohatera majaczącego na kartkach książki. I może mi niedługo przejdzie ten głód, stwierdzę, że pan Schmitt mógł to lepiej zrobić, a mnie zrobi się wstyd, że się „czymś takim” podnieciłam. Ale dzięki temu też uznam, że trzeba czytać literaturę piękną, by się właśnie umagiczniać i sięgnę wtedy po tak zachwalanego „Oskara i panią Różę”, by porównać. I po prostu poczytać.
Marzycielka z Ostendy, Erich-Emmanuel Schmitt
Rok wydania: 2009
Format: 124x195
Ilość stron: 256
Wydawnictwo: Znak
Cena detaliczna: 36,90 zł
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz